Beta

„To jest jakieś okrucieństwo…”. Poszkodowani i zatrzymani opowiadają o procesach sądowych i traumach 

08.17.2020

W ciągu ostatnich kilku dni na Białorusi zatrzymanych zostało ponad 6000 osób oskarżanych o udział w nielegalnych protestach. Uwolnionych zostało ponad 1000 osób. Do redakcji docierają szczegółowe informacje o tym, jak doszło do tych zatrzymań i co się działo z zatrzymanymi: w autozakach, komendach policji i więzieniach. Ostrzegamy, poniższy tekst zawiera informacje, które mogą być szokujące dla osób wrażliwych.

Jurij: “Od czasu do czasu na podwórko wychodził major krzycząc, że wszystkich zastrzeli, ma na to bezpośredni rozkaz”.

Jurij pracuje jako ładowacz, mówi, że nie brał udziału w żadnych manifestacjach. 9 sierpnia obchodził urodziny, a 10 świętował je z przyjaciółmi i wracał do domu około 17-tej. Autobus się zatrzymał i kierowca powiedział, że dalej nie pojedzie, bo aleja była zablokowana.

– Razem z żoną chcieliśmy skorzystać z komunikacji miejskiej i wrócić do domu – mówi Jurij. – Kiedy szliśmy koło parku Janki Kupały, usłyszałem okrzyk: “Weź go!”  Ludzie w mundurach rzucili się na mnie i załamali mnie. Żona próbowała mnie zatrzymać, ale bili ją w ramię pałką. Krzyczałem, żeby jak najszybciej uciekała, bo w domu została trójka dzieci. 

Natychmiast zaczęli nas lać, prowadząc do autobusu. Zaczęli bić kobietę obok mnie, bili po głowie, ona straciła przytomność. Domagaliśmy się wezwania karetki, ale każdy, kto się odezwał,  był brutalnie bity.  

Przywieziono nas na komisariat i ustawiono wzdłuż ściany. W sumie było nas około 80 osób. Potem przez dobę „wisieliśmy na płocie” z rękami za głową. Od czasu do czasu na podwórko wychodził major krzycząc, że wszystkich zastrzeli, ma na to bezpośredni rozkaz. Szedł wzdłuż szeregu ludzi i bił ich pałką, niektórzy mdleli. Obok mnie stał mężczyzna ze złamaną ręką, nie udzielono mu żadnej pomocy. W nocy pozwalano nam czasem usiąść na 15 minut, po czym znowu kazali nam wstawać.

Ludzi bito niemalże do śmierci, każdy z nas miał pojedynczo przebiec wzdłuż ogrodzenia i póki biegliśmy, nas lali, – wspomina.–  Na tym się nie skończyło, położyli nas na podłodze w autozaku, załamując ręce za plecami i zaciskając je w pętle tak, aby nie można było się ruszyć. Bili nas nawet za  za podniesienie głowy. Jak dojeżdżaliśmy do więzienia w Żodzinie rozwiązali nam ręce, pozwolili usiąść i napić się wody. 

W Żodzinie czekaliśmy na swoją kolej 2,5 godziny, bo było dużo samochodów z zatrzymanymi. W więzieniu witali nas funkcjonariusze w zielonych mundurach – 20 osób utworzyły korytarz i każdego zatrzymanego przepuszczali przez niego bijąc. Później zaczął nas badać lekarz, do cel przydzielano ludzi.

Pracownicy więzienia byli przerażeni i pytali: „Co się dzieje tam u Was w Mińsku? Nasze cele są przeznaczone dla 10 osób, a musimy tam wrzucać po 60, ludzie „wiszą” na sobie”.

Do celi ja nie dotarłem, bo lekarz, który mnie badał powiedział: „Tego do szpitala”. Razem ze mną zabrano chłopaka z raną postrzałową w okolicy pachwiny. 2,5 godziny czekaliśmy na karetkę. W szpitalu nas zbadano i udzielono pierwszej pomocy.  Tym, którzy potrafili się samodzielnie poruszać i nie mieli zagrożeń dla życia, pozwolono wrócić do domu.

 

Stary lekarz, który rejestrował pobicia, powiedział: „W ciągu tych trzech dni widziałem tyle zwichnięć, ile nie widziałem w całym swoim życiu”.

 

W samochodzie wolontariuszy, którzy wozili poszkodowanych ze szpitali do domów, tylko Jurij mógł samodzielnie się poruszać.

Podczas gdy mężczyzna był w więzieniu, jego żona próbowała dowiedzieć się o jego losie. Ona nadal nie może dojść do siebie po tym, co się stało. W najbliższych dniach pojedzie do więzienia po rzeczy męża, bo boi się, że jeżeli on pojedzie tam sam, to ponownie zostanie zatrzymany i pobity.

Jurij zaznaczył, że pracownicy więzienia jako jedyni traktowali zatrzymanych po ludzku.

– Co mogę myśleć o tym, co się dzieje? To jest jakieś okrucieństwo… Przerażające jest przejść przez to, przerażające jest, że ktoś inny może przez to przejść w przyszłości ”- przyznaje Jurij. 

 

Kirill: “Nas, około 15 osób, zabrano do piwnicy, gdzie kazano nam śpiewać hymn Białorusi i bito nas w tym czasie pałkami”.

Kirill (21 lat) 12 sierpnia po treningu szedł się do sklepu, gdzie pracuje jako administrator. Stał na skrzyżowaniu, pozostawało mu 50 metrów do pracy. Podjechał minibus z przyciemnianymi szybami, otworzyły się drzwi. Ludzie w samochodzie powiedzieli: „Chodź, nie bój się, nic ci się nie stanie”. Wciągnęli go do środka, zabrali telefon i gdzieś powieźli. W międzyczasie kilkakrotnie uderzyli w głowę, a w końcu przewieziono go do autozaka.

 

– W autozaku OMON-owiec kazał mi się położyć twarzą do ziemi, zapytał: „Chciałeś przemian?” – i zaczął kopać – mówi

Autozak jeszcze przez jakiś czas jeździł po mieście, zgarnęli jeszcze kilka osób i zawieźli nas na komisariat. Wyciągnęli mnie z autozaku i wzięli na milicyjny dziedziniec. Wszystkich pytano o nazwisko, imię, datę urodzenia i kazano położyć się na ziemi. Potem zaczęli nas kopać, w tym po twarzy. Każdego z około 30 zatrzymanych bili po kolei. Najprawdopodobniej w tym właśnie momencie złamali mi nos.

Potem nas, około 15 osób,  zabrano do piwnicy, gdzie kazano nam śpiewać hymn Białorusi i bito nas w tym czasie pałkami. Półtorej godziny później przyjechał OMON, kazali wszystkim klęczeć i ponownie śpiewać hymn. Następnie ja i pozostali zatrzymani zostali przeniesieni do cel, a półtorej godziny później zostaliśmy stamtąd zabrani, ponownie pobici i wsadzeni z powrotem do autozaku.

Zatrzymanych przewieziono na Akreścina. Kirilla wraz z resztą zatrzymanych zaprowadzili na wewnętrzne podwórko. Następnie 36 zatrzymanych zostało przeniesionych do celi przeznaczonej dla 7-8 osób.

– Ciężko jest przebywać w takiej celi – mówi Kirill. – Ludzie zmieniali się co półtorej godziny, żeby po prostu posiedzieć i pospać. Było bardzo duszno, ciężko było oddychać. Dzień później po raz pierwszy dali mi jeść, przynieśli do celi jedzenie: kawałek chleba i pół parówki. Na wszystkich nie starczyło n, musiałem się podzielić. Półtorej godziny później dali mi owsiankę, ogórek i chleb. Nie było problemów z wodą, piliśmy kranówkę. O drugiej w nocy powiedziano nam, że wszyscy zostaną uwolnieni.

Zanim to się wydarzyło byłem zmuszony do podpisania ostrzeżenia o uczestnictwie w nielegalnych manifestacjach. Próbowałem wytłumaczyć,  że nie mam z tym nic wspólnego, po prostu szedłem do pracy, ale nikt mnie nie słuchał.

Przez cały ten czas bliscy Kirilla nie wiedzieli, gdzie on jest i co się z nim dzieje. Ostatni raz rozmawiał z mamą przed treningiem. Szukała syna u znajomych, przyjaciół, w szpitalach i więzieniach. 

Jak tylko Kirill wyszedł z ośrodku izolacji na Akreścina, zobaczył wielu wolontariuszy. Dzięki nim miał możliwość zadzwonić do krewnych, żeby zabrali go do domu.

– Ciężko jest powiedzieć, co myślę o wszystkim, co się dzieje – przyznaje Kirill. – Teraz widzę, że mieszkam w kraju, w którym strasznie jest nawet jechać z domu do pracy, każdy może zostać złapany. Nie boję się o siebie, ale o moich bliskich i przyjaciół, którzy mogą zniknąć i nikt nie będzie wiedział, gdzie są.

Anna: “Powiedzieli, że odprowadzą mnie do domu, wsadzili do autozaka i zaczęli bić”.

Ania ma 30 lat i pracuje jako graficzka, 11 sierpnia późnym wieczorem wracała do domu. Idąc zobaczyła kilku milicjantów i podeszła do nich, żeby zapytać, jak może się dostać do domu.

– Powiedzieli mi, że nie ma alternatywnej drogi i zaproponowali, że mnie odprowadzą. Póki szliśmy, zaczęliśmy rozmawiać i milicjanci powiedzieli, że odprowadzają mnie dla mojego bezpieczeństwa. Dotarliśmy do ich szefa w mundurze “kosmonauty”, który powiedział, że dalej on mnie będzie odprowadzał. Powiedział, że po drodze sprawdzi moje rzeczy.

Podeszliśmy do Czerwonego Kościoła, w pobliżu którego stał zaparkowany autobus, a wokół niego było dużo OMON-u. Nagle wrzucili mnie do autobusu i zaczęli mnie bić. Bili nogami, pałkami, raz uderzyli w głowę, a na czole od razu pojawił się duży krwiak. Krzyczeli, że jestem koordynatorem protestów, żądali, żebym się przyznała, kto mi płaci. Odpowiadałam, że nie rozumiem, o co im chodzi, a za każdą taką odpowiedź  byłam bita. To był najstraszniejszy wieczór w moim życiu.

W pewnym momencie, gdy krwiak na mojej głowie stał się bardzo duży, najwyraźniej stwierdzili, że przesadzili i wysłali mnie na komendę milicji. Kiedy tam dotarliśmy, zaprowadzono mnie do dużego pomieszczenia, na podłodze była krew i wymiociny. Nas było około 40 osób. Rzucili mnie na podłogę i patrząc na dredy zaczęli mówić, że zaraz je obetną.

Potem zabrali mnie do gabinetu na przesłuchanie. Było tam siedmiu milicjantów. Żądali, żebym powiedziała, kto zapłacił za moją „działalność wywrotową”. Ponownie próbowałam wytłumaczyć, że nie rozumiem, o czym mówią, wybito spode mnie krzesło i kazano położyć się na podłodze. Nadal zadawali mi te same pytania, a jeśli odpowiedź im nie pasowała, bili mnie pałkami po pośladkach.

Stamtąd zabrano mnie do pomieszczenia podobnego do auli, milicjant podszedł do mnie i namalował mi coś sprayem na bluzie. Jak się później okazało, był tak oznaczano najbardziej aktywnych protestujących.

Przez całą noc siedzieliśmy w tej auli,  ktoś prosił o wezwanie karetki, ktoś wymiotował, ale nikt nie dostał pomocy. Rano połowa obecnych otrzymała protokoły i jeżeli je podpisywali, byli zwolnieni. 

Przyjechał samochód i część ludzi została przeniesiona na Akreścina. Tam wyprowadzili nas na podwórko i ustawili twarzą do ściany. Chłopaki leżeli twarzą do ziemi. W sumie było tam około 80 osób. Dziewczyny zostały na podwórku, chłopaków gdzieś zabrano.

 

Przez całą noc siedziałyśmy w pomieszczeniu o betonowych ścianach bez dachu. Wiele z nas miało na sobie T-shirty i krótkie spodenki, było strasznie zimno. W tym czasie mężczyźni byli okrutnie bici tuż za ścianą: słyszałyśmy krzyki, jęki, odgłosy uderzeń. Dziewczyny rozpoznawały swoich chłopaków po głosie i trzęsły się z przerażenia. Trwało to całą noc.

 

W dzień umieszczono nas w czteroosobowej celi, w której w różnych momentach znajdowało się od 35 do 40 osób. 

Trzeciego dnia po aresztowaniu powiedziano mi, że muszę podpisać dokument – ostrzeżenie, że jeśli następnym razem zostanę aresztowana, poniosę odpowiedzialność karną. Spakowałam się i wyszłam na zewnątrz, gdzie na wszystkich uwolnionych czekali wolontariusze.

 

Jana: „Umówiliśmy, że będziemy milczeć, żeby wszystkim było czym oddychać”

Jana pracuje w branży kreatywnej i w niedzielę przyszła do steli „Mińsk – miasto-bohater”. Mówi, że szła na pokojowy protest. Dziewczyna ubrała się odpowiednio: sukienka, trampki, biżuteria.

– Około 21:00 OMON zatrzymał mojego znajomego – mówi dziewczyna. – Ja poszłam za nimi. Krzyczeli, żebym odeszła, ale postanowiłam, że nigdzie nie idę. Potem otworzyły się przede mną drzwi autozaku i wsiadłam do niego. Ci, którzy tam byli, witali mnie brawami.

Autozak był pełny. Jak resztę zatrzymanych, Janę przewieziono na Akreścina w autozaku podzielonym na małe cele, tak zwane „szklanki”. Tam Jana najpierw przebywała w czteroosobowej celi z 19-ma dziewczynami, a następnie w sześcioosobowej celi z 50-ma. Jej proces sądowy odbył się w areszcie tymczasowym. Ona się nie zgodziła z tym, co zostało spisane w protokole jej zatrzymania i została skazana na 4 dni aresztu.

– Nie dawano nam jeść, wody z kranu nie dało się pić. Wytrzymałyśmy jeden dzień, a potem jednak się skusiłyśmy.  Spałyśmy jak tylko się dało. Ktoś pod stołem, ktoś na szafce nocnej, ktoś  w szafce nocnej lub pod pryczami. Ostatniej nocy przed wyjazdem do Żodzina co godzinę pukali nam do drzwi. Musiałyśmy wstawać i ustawiać się w szeregu.

 

Brakowało nam powietrza. Umówiłyśmy się, że będziemy milczeć, żeby wszystkim było czym oddychać. Jak otwierali drzwi, to robiło się trochę lepiej. Wyprowadzano z celi i bito mężczyzn – głównie w nocy,  żeby nikt nie słyszał. Ale wszystko było doskonale słychać, jak i wsparcie ludzi po drugiej stronie murów. Mogłyśmy widzieć i słyszeć wszystko, co się dzieje, ale nie mogłyśmy zareagować, inaczej okna zostałyby zamknięte.  

Pracownice więzienia w Żodzinie płakały, kiedy słyszały nasze opowieści. Tam nas nakarmiono pierwszy raz od trzech dni – mówi Jana. – W czwartek wieczorem mnie wypuścili, szukałam swoich rzeczy, ale powiedzieli mi, że nie ma tu rzeczy osób przywiezionych z “Oświęcimia” [tak zaczęto nazywać więzienie przy ul. Akreścina w Mińsku – tłum.] Nie mamy tutaj praw człowieka. Jest za to poczucie, że oni mogą robić wszystko. Trzeciego dnia wpadłam w histerię. Wydawało mi się, że zostanę tu na zawsze.

 

Aleksiej: „Na początku staliśmy na czworakach. Zarówno ranni, kontuzjowani, jak i pozostali.”

Aleksiej Shchitnikov (47 lat) został zatrzymany 12 sierpnia. W samochodzie przed nim rozbili szybę i wyciągnęli człowieka, potem to samo wydarzyło się z Aleksiejem.

– Zostałem zatrzymany przez OMON. Myślałem nawet, że nie białoruski. W autozaku bili mnie cały czas. Bili mocno. – wspomina mężczyzna. – 13-go przyjechaliśmy z komisariatu tutaj [na Akreścina]. Byliśmy na zewnątrz prawie do wieczora. Najpierw staliśmy na czworakach. Zarówno ranni, kontuzjowani, jak i reszta. Nie pozwalano nam chodzić do toalety, a pić dali dopiero dzień później. Potem wszystkim nam kazali położyć się twarzą do ziemi w auli, a potem zacisnęli tak, że zdrętwiały nam szyje. Noc spędziliśmy w „szklance” – jest to mała cela, w której się nie da oddychać.

 

W sobotę rano Aleksieja wypuszczono, ale najpierw podpisał „ostrzeżenie” o uczestnictwie w zamieszkach.

To znaczy, że niby mają mnie na oku, i jeżeli dalej będę brał udział w tych wydarzeniach, to dostanę maksymalną karę – zaznaczył.

 

Julia: „W nocy było słychać, jak biją chłopaków, a na ścianach w korytarzach była krew”.

Projektantka Julia Golievskaya w tym roku postanowiła zostać obserwatorem w okręgu wyborczym w szkole nr 205 w Mińsku. Mówi, że chciała, aby głosy zostały poprawnie policzone, a wybory były przejrzyste. Ona rejestrowała naruszenia i składała skargi do komisji. 9 sierpnia o 17:30 do okręgu przyjechał OMON. Julia nadal nie wie, kto ich wezwał.

 

– Przyjechało 20 osób, podeszli do mnie, wzięli mnie za ramię, powiedzieli: „Proszę iść z nami”. Poszłam – wspomina dziewczyna. – Zostałam wepchnięta do autobusu z 10-ma OMON-owcami i pojechaliśmy do aresztu tymczasowego na Akreścina.  

Julii nikt od razu nie wytłumaczył, za co dokładnie została zatrzymana. Funkcjonariusze również się nie przedstawili. Dziewczyna siedziała w czteroosobowej celi z 35-ma innymi kobietami.

– Tam nie było powietrza, każdy centymetr był zajęty. Poprosiłyśmy, żeby jakoś nas podzielić. Drzwi się otworzyły i wylało się na nas wiadro wody. Nie karmiono nas, nie pozwalano na przekazywanie rzeczy, w tym leków. Banalnie nie było nawet podpasek. Nas ciągle poniżali, przeklinali i krzyczeli: „Dlaczego nie siedziałyście w domu i nie smażyłyście kotletów?” – szlocha Julia. – W nocy słychać było, jak chłopaków wyprowadzają z cel. Słyszałyśmy, jaki ich bili, jak oni krzyczeli. Później widziałam krew na ścianach w korytarzu.

 

Julia miała dwa procesy sądowe, ona wciąż nie wie dlaczego. Wszystko odbywało się w areszcie tymczasowym.

Wezwano mnie do gabinetu, w którym siedziała sędzia. Ona zapytała: „Czy ufasz sądowi?” Powiedziałam, że ufam. Zapytała, co robiłam wieczorem 9 sierpnia. Spisała moje zeznania. Następnie powiedziała: „Proszę czekać na decyzję”. Decyzja została ogłoszona w celi przez zupełnie inną osobę, mężczyznę w cywilu. Każdy dostał po 15 dni aresztu. Potem był drugi proces. Według protokołu zostałam aresztowana o 22:00 na alei Zwycięzców za wykrzykiwanie „Niech żyje Białoruś” i innych haseł.

 

Nie zgodziłam się z protokołem i ten sąd wyznaczył mi 4 dni aresztu. Wielu wysłuchiwało orzeczenia sądu stojąc twarzą do ściany i nie mając w ogóle możliwości komunikowania się z sędziami.

 

Julia została przeniesiona do więzienia w Żodzinie. Ona mówi, że warunki były dużo lepsze niż na Akreścina: 13 osób w celi z 2 łóżkami.

Tam nas już karmili. Traktowano nas normalnie. Nie byli nieuprzejmi, – mówi. – W Żodzinie nie było żadnych informacji ani dokumentów, więc przesiedziałam cały dzień w oczekiwaniu aż ustalą, co z moimi dokumentami.

Bardzo ciężko jest to przeżyć. Na Akreścina było po prostu piekło. Cierpię na ataki paniki, biorę na to leki. Poprosiłam o pomoc medyczną, dostałam amoniak. Kobiety prosiły o insulinę, odmawiano im, – wspomina. – Myślałam tylko o tym, żeby przeżyć, przetrwać i nie popaść w rozpacz. Starałyśmy się wspierać nawzajem, aby po prostu nie tracić ducha.

 

Julia mówi, że tak po prostu tej sytuacji nie zostawi. Mówi, że wraz ze współwięźniami chce, by postawiono przed sądem wszystkich, którzy nadużyli władzę w stosunku do nich.

 

 

Onliner.by

Tłumaczenie: Olga Rutka

Jak pojechać do Białorusi
Czytać więcej na ten temat
Вашы персанальныя дадзеныя будуць апрацаваныя Фондам "Беларускі Дом" у адпаведнасці з палітыкай прыватнасці. Памятайце, што вы заўсёды можаце адклікаць сваю згоду.
Ok